niedziela, maja 5

Moja toaletka | Edinos.pl

Moja toaletka | Edinos.pl
Hej, kochani!
Ostatni wpis o mojej toaletce jest już nieaktualny, dlatego pomyślałam, że pokażę Wam aktualizację i to, co się u mnie zmieniło :) Od czasu ostatniego wpisu praktycznie wszystko jest inaczej- inna toaletka, dodatki, meble, krzesło. Dziś przedstawię Wam mniej więcej, jak to wszystko wygląda na chwilę obecną, mam nadzieję, że Wam się spodoba!



Sama toaletka to model „Malm” z Ikei. Sprawdza mi się o wiele lepiej niż poprzednia. Jest pojemna, porządnie wykonana i ma szklany blat, którego przy poprzedniej bardzo mi brakowało. Nowym dodatkiem jest również krzesło z Edinos. Klasyczne białe, w skandynawskim stylu. Jest świetnie wyprofilowane i stabilne- nawet kiedy przez 2/3h przygotowuję instagramowy makijaż, to cały czas jest mi wygodnie i komfortowo :) Ciekawym elementem są również nóżki z metalowymi prętami ułożonymi na krzyż. Naprawdę świetnie to wyglada!



Jak widzicie wszystko prezentuje się naprawdę świetnie! Jestem naprawdę mega zadowolona z tego, jak teraz wygląda moje stanowisko do  makijażu :)
Jeśli klikniecie TUTAJ będziecie mogli zobaczyć wszystkie modele białych krzeseł na stronie marki Edinos i być może znajdziecie coś dla siebie! Mam nadzieję, że podoba Wam się nowy wystrój mojej toaletki i w jakiś sposób się nią zainspirujecie! Dajcie znać w komentarzach, czy Wam się podoba! Dodatkowo hasło "73ccaedi" daje Wam 15zł rabatu na zakupy w Edinos - oferta jest ważna dla pierwszy stu osób :)




wtorek, grudnia 4

Libellou - nowa marka kosmetyków działających w symbiozie

Libellou - nowa marka kosmetyków działających w symbiozie
Dzień dobry, dziewczyny!
Okres jesienno-zimowy jest niezwykle ciężki dla mojej cery, dlatego w tym roku postanowiłam bardzo mocno o nią zadbać. Długo szukałam produktów, które będą odpowiednie dla mojej skóry, a dodatkowo będę mogła ich używać jako cały zestaw- zawsze wydaje mi się, że stosowanie jednej, konkretnej linii kosmetyków działa o wiele lepiej, niż każdy produkt z innej beczki. Potrzebuję czegoś, co mocno nawilża, odżywia i nada mojej skórze blasku. Podczas swoich poszukiwań natknęłam się na nową markę na polskim rynku- Libellou.




W ofercie znalazłam płyn micelarny, krem na dzień, krem na noc oraz serum. Od razu pomyślałam, że będzie to idealny zestaw na przetrwanie zimy. W tym wpisie chcę opowiedzieć Wam trochę o działaniu, jak i o samych kosmetykach Libellou. Zacznijmy po kolei- mam nadzieję, że uda mi się powiedzieć Wam wszystko, czego sama dowiedziałam się o tych produktach!



PŁYN MICELARNY
Nie wyobrażam sobie codziennej pielęgnacji bez usuwania makijażu odpowiednimi kosmetykami. Jak wiecie, bardzo często wykonuję mocne, brokatowe i niesamowicie ciężkie do zmycia makijaże instagramowe. Potrzebuję czegoś, co nie tylko usunie z mojej twarzy resztki mejkapu, ale również nawilży ją i odpowiednio przygotuje do dalszej pielęgnacji. W płynie micelarnym Libellou znajdziemy składniki takie jak ekstrakt z ryżu i wodę ph 5.5. Płyn nie tylko dokładnie usuwa makijaż, ale również intensywnie nawilża i poprawia kondycję odwodnionej skóry.

Płynu micelarnego używam już jakiś czas i jestem z niego niesamowicie zadowolona. Zacznę od dużej pojemności- uwielbiam płyny micelarne, które starczą mi na dłużej niż 2 tygodnie. Tutaj otrzymujemy pojemność 400ml, czyli naprawdę sporo. Używam go codziennie, a zużyłam dopiero około 1/5 opakowania. Nie szczypie, nie podrażnia, ani nie sprawia, że moje oczy łzawią- co zdarza mi się przy większości tego typu produktów. Dodatkowo twarz po jego użyciu jest miękka i czuć fajne oczyszczenie, co bardzo mi się podoba. Płyn usuwa makijaż dosłownie do zera, bez większego wysiłku. Myślę, że zostanie ze mną na długo :)




GOLD SERUM
Zdecydowanie mój ulubieniec. Intensywnie nawilża i odżywia skórę. Znajdziemy w nim składniki takie jak ekstrakty z zielonej herbaty, liści oliwki europejskiej, marchwi, arniki oraz piwonii, które wzbogacone są kompleksem minerałów, poprawiają kondycję skóry oraz neutralizują wolne rodniki. Istotny też jest fakt, że serum widocznie spowalnia proces starzenia się skóry. Podałam Wam już ogromną ilość dobroci, które znajdziemy w serum, ale to nie wszystko! Dodatkowo serum zostało wzbogacone w kolagen, złoto 24k oraz kawior, czyli same święte grale pielęgnacji! 

Serum stosuję zaraz po oczyszczeniu płynem micelarnym, wieczorem. Nanoszę je punktowo na najbardziej wymagające miejsca mojej twarzy, czyli strefę T. Dokładnie wklepuję je opuszkami palców i zostawiam do wyschnięcia. Serum jest bardzo wydajne i mocne, dlatego stosuję bardzo niewielką ilość. Czuć, że działa. Po nałożeniu odczuwam przyjemne mrowienie, które trwa mniej więcej do momentu wchłonięcia. Skóra jest rozświetlona, napięta i bardzo miękka. Mimo krótkiego czasu stosowania, zauważyłam już wyraźne efekty- moja cera stała się mniej problematyczna w strefie, na której stosuję serum, mniej się przetłuszcza i jest bardzo mocno nawilżona i ujędrniona. Serum będę stosować długo i regularnie, mam nadzieję, że efekty będą się utrzymywać oraz będą jeszcze lepsze. Póki co jestem zachwycona!




KREM NA DZIEŃ
Idealna opcja pod makijaż! Odkąd go otworzyłam- przestałam nakładać bazy- czasami tylko, w gorsze dni wspomagam się bazą wygładzającą w okolicach nosa, ale naprawdę sporadycznie. Krem odżywia i nawilża skórę, a dodatkowo zabezpiecza naskórek przed utratą wody. Ma silne działanie ochronne i przeciwstarzeniowe. Dodatkowo pięknie rozświetla i zostawia na skórze zdrowy i naturalny blask. W kremie znajdziemy składniki takie jak kolagen, kawior, złoto 24k, olej makadamia, koenzym Q10, olej abisyńki oraz witaminę PP.

Krem nakładam po porannym oczyszczeniu twarzy. Wklepuję go delikatnie opuszkami palców na twarzy, szyi oraz dekolcie. Z reguły od razu po nałożeniu i wchłonięciu kremu zabieram się za makijaż, więc moja cera jest idealnie do tego przygotowana. Krem nadaje mi bardzo mocne rozświetlenie oraz nawilżenie, dlatego każdy podkład pięknie na nim wygląda. Mam pewność, że moja twarz jest odpowiednio przygotowania do całego dnia w makijażu i na pewno na tym w żaden sposób nie ucierpi. Jestem zachwycona efektami. Krem na twarzy wygląda tak, jakby był wymieszany z płynnym rozświetlaczem! Uwielbiam rozświetloną skórę, nie przepadam za mocnym matem. Wyglądam zdrowo i promiennie, a właśnie taki efekt chciałam osiągnąć :)



KREM NA NOC
Uwierzcie, moja twarz tak dobrze po nim odpoczywa... :) Krem ma działanie antyoksydacyjne, regeneracyjne i przeciwzmarszczkowe, a także chroni przed zanieczyszczeniami. Jest w nim tyle świetnych składników! A to kilka z nich: masło shea, olej makadamia, olejek abisyński, witamina E, kolagen oraz kawior. Jeśli twarz może być bardziej miękka, niż jak u maleńkiego dziecka- to ten krem właśnie to robi!

Kremu używam wieczorem, po dokładnym oczyszczeniu i nałożeniu serum. Delikatnie wklepuję opuszkami palców tak, jak w przypadku kremu na dzień. Krem jest treściwy i jestem pewna, że podczas nocy mam na buzi odpowiednią warstwę ochronną. Twarz jest mocno odżywiona, ujędrniona, nieziemsko miękka i pięknie nawilżona. Zostałam jego ogromną fanką! Po wstaniu rano skóra wciąż jest napięta, nawilżona- absolutnie się nie przesusza ani nie ściąga. To ważne, między innymi dlatego, że nie znoszę uczucia spięcia i suchości zaraz po przebudzeniu. Cera zachowuje się jak po nałożeniu maseczki na noc- tylko tutaj ten efekt mam codziennie, coś wspaniałego :)



Mam nadzieję, że spodobały Wam się kosmetyki Libellou. Używane wszystkie razem dają niesamowite efekty, chociaż podejrzewam, że przy tak dobrych składach- powalający efekt zauważylibyście również przy stosowaniu oddzielnie.
Dodatkowo- mam dla Was kod rabatowy! Na hasło "MARTA20" otrzymacie 20% rabatu na zakupy w Libellou, a dodatkowo do pierwszych 200 zamówień- przy zakupie min. 2 produktów, gratis dostaniecie naturalną świecę do masażu o zapachu cynamonu, goździków i pomarańczy. Pachnie przepięknie!

Dajcie znać w komentarzu, czy słyszeliście o produktach Libellou oraz który kosmetyk najbardziej zwrócił Waszą uwagę, buziaki!

niedziela, września 23

Dlaczego wybieram maski w płachcie? Simply When

Dlaczego wybieram maski w płachcie? Simply When
Hej, kochani!
Ostatnio opowiadałam Wam trochę o nowości na naszym rynku- maseczkach When. Dziś chcę powiedzieć Wam, dlaczego w swojej pielęgnacji stawiam głównie na maski w płachcie, a nie te standardowe. Dostałam sporo pytań o różnice i to, w czym według mnie są lepsze. Dziś postaram się rozwiać Wasze wątpliwości :)


Jakie są zalety maseczek w płachcie?
Jest ich całkiem sporo! Jedną z ważniejszych jest fakt, że ich działanie jest o wiele efektywniejsze i mocniejsze. Tkanina, którą nasączona jest maseczka, ściśle przywiera do twarzy, co zapobiega odparowaniu "dobroci" zawartych w masce i pozwala na dogłębne przejęcie przez naszą skórę wszystkich jej wartości. Płachta umożliwia przeniknięcie składników nawet do głębokich warstw skóry. Ważnym faktem jest również to, że skład maseczek w płachcie jest mocno ograniczony- nie znajdziemy w nich składników powodujących zagęszczenie, czy wypełniaczy, odpowiedzialnych za odpowiednią konsystencję w przypadku klasycznych masek w kremie. Drugi- ważny dla mnie aspekt jest taki, że maseczki w płachcie są wygodniejsze i szybsze w użyciu. W przypadku standardowych masek, często musimy je przygotować, rozrobić, dodatkowo rozprowadzić na twarzy, a następnie spłukać. W przypadku płachty omijamy cały ten proces. Wyciągamy maseczkę z opakowania, nakładamy na twarz i gotowe. Finalnie- musimy tylko zdjąć ją z twarzy i wmasować resztki esencji. Ważna jest również szybkość działania. Maseczki w płachcie dają nam natychmiastowy efekt i sprawdzają się także w sytuacjach awaryjnych, kiedy na przykład potrzebujemy szybko poprawić stan naszej skóry przed ważnym wyjściem, czy spotkaniem. Zaletą jest również cena. Na przykład- maseczki When możecie obecnie kupić w Hebe w promocyjnych cenach. Działanie maseczek w płachcie często porównywane jest do zabiegów w salonie kosmetycznym, a możemy kupić je już od mniej więcej 8-10zł. Osobiście wybieram płachtę także ze względu na to, że mamy ogromny wybór. Kiedy w drogerii stajemy przy półce z maseczkami w płachcie, różnorodność wręcz nas atakuje. Jesteśmy w stanie znaleźć coś na praktycznie każdą potrzebę!



Dodatkowo, maseczki w płachcie są bardzo higieniczne- w końcu są jednorazowe. W przypadku maseczek w kremie wielokrotnego użytku- mamy o wiele większe ryzyko na dostanie się do produktu kurzu, bakterii i innych czynników, źle wpływających na efekty. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie maski w płachcie działają również bardzo relaksująco :) O wiele wygodniej jest mi nałożyć na twarz coś, co do niej przylega, a dodatkowo nie pobrudzi wszystkiego dookoła. Maseczki często dają nam przyjemnie uczucie chłodzenia, co dla mnie jest genialne, szczególnie po ciężkim dniu. Tkanina powoduje też, że maseczka "zastyga" o wiele wolniej, niż w przypadku maseczek w kremie. Jeśli używacie, to doskonale wiecie, że nawet po 30-40 minutach od nałożenia maski w płachcie- ta wciąż jest wilgotna, tak samo jak nasza skóra po jej usunięciu, niezależnie od tego, jak dużo czasu minęło.



Nie bez powodu cały świat oszalał na punkcie koreańskiej pielęgnacji! Tak, jak mówiłam już wcześniej na Instagramie- uwielbiam ten rodzaj "doskonalenia" mojej cery. Często nie mam czasu na to, żeby poświęcić wieczorem około godziny na rozrabianie, nakładanie, zmywanie etc., a maseczka w płachcie pozwala mi na to, że mogę po prostu ją nałożyć i zająć się dalszymi obowiązkami.

Maseczki When z pewnością zostają w moim "top pielęgnacyjnym" na stałe. Jak pisałam w poprzednim poście- pokochałam je i dawno nie miałam do czynienia z tak dobrymi produktami! Tym bardziej, że od teraz są łatwo dostępnie- znajdziecie je w drogeriach Hebe.

Poznaliście już maski When? Jakie maski w płachcie są Waszymi ulubionymi? A może jednak stawiacie na standardowe kremowe maseczki? Dajcie znać w komentarzach!
Buziaki! :)

czwartek, września 20

WHEN - nowa koreańska marka na polskim rynku

WHEN - nowa koreańska marka na polskim rynku
Hej, kochani!
Dawno mnie tutaj nie było, ale dziś przyszedł czas na opowiedzenie Wam o moim nowym kosmetycznym odkryciu. Tym razem będzie o maseczkach. Od jakiegoś czasu mocno zmodyfikowałam pielęgnację mojej twarzy i zaczęłam stawiać głównie na produkty koreańskie. Dużo czytałam, oglądałam, szukałam opinii i stwierdziłam, że może to być coś, co świetnie się u mnie sprawdzi. I tak też się stało. Oszalałam między innymi na punkcie maseczek w płachcie- serio, nie wyobrażam sobie, że mogłabym przestać ich używać! Dziś chcę pokazać Wam te, które szczególnie skradły moje serce. Opowiem Wam o marce, która dopiero weszła na nasz rynek, a już zdążyła podbić moje serce i na stałe zagościć w moim codziennym rytuale pielęgnacyjnym. Mowa o marce When, która od niedawna dostępna jest w sieci drogerii Hebe.


Maseczki When wyróżniają się na tle innych masek w płachcie już na samym początku- nie są produkowane na zwykłej tkaninie, tylko na kokosowym arkuszu biocelulozowym, który uwaga- mieści 10 razy więcej płynu, niż standardowe maski. Jest różnica, prawda? Maseczki nie są śliskie i nie zsuwają się z twarzy, co dla mnie jest bardzo ważne, ponieważ nie zawsze mam czas na położenie się wygodnie na łóżku i odpoczynek z maseczką. Często nakładam ją na twarz i idę dalej coś robić, więc mimo że to drobny szczegół- dla mnie bardzo ważny, komfort na pierwszym miejscu :)

W maseczkach znajdziemy czysty kwas hialuronowy, z którym moja cera bardzo się lubi, więc to dla mnie kolejny plus. Szczególnie teraz, kiedy zbliżają się chłodne pory roku. Znajdziemy w nich również ekstrakt z żeńszenia oraz ogromną ilość wyciągów z roślin. 



W ofercie znajdziemy dwie serie maseczek- When oraz Simply When. Osobiście testowałam serię Simply- dla osób w wieku 20-30 lat, zabieganych. W serii też znajdziemy różne rodzaje maseczek, m.in.- rozjaśniającą, wygładzającą, liftingującą i kilka innych. Przetestowałam trójkę, którą wymieniłam. Oczywiście- znalazłam swoją ulubioną, zgadniecie, którą?


Jak widzicie na zdjęciu- maseczki mają naprawdę ciekawy skład. Sugerowany czas trzymania ich na twarzy to ok. 20min, jednak ja, kiedy tylko mam czas, staram się trzymać tego typu maski 30-40min. 

Mój ulubieniec, to maseczka rozjaśniająca. Zawiera witaminę B3 i C, ma także właściwości przeciwzmarszczkowe. Używałam jej najczęściej ze wszystkich i jestem zakochana, dosłownie. Skóra jest przepięknie nawilżona, gładka, a do tego maseczka zostawia fantastycznie rozświetloną i zdrowo błyszczącą skórę. Jest genialna- szczególnie lubię nakładać ją przed makijażem- bo w końcu zadbana skóra to najlepsza baza pod mejkap! Maseczka ma bardzo przyjemny, delikatny zapach i dobrze przylega do twarzy. Myślę, że nada się również do bardzo wrażliwej skóry, ponieważ jest niezwykle delikatna i "subtelna". Co ważne- glow na twarzy utrzymuje się dłużej, niż do pierwszego umycia twarzy- maseczka stosowana regularnie, znacznie poprawiła stan mojej cery i nadała jej zdrowego blasku na stałe. Jestem totalnie zaskoczona jej efektami i tym, jak moja cera się z nią polubiła!


Kolejna maseczka, to maska liftingująca- dedykowana cerze dojrzałej. Zawiera w sobie hydrolizowany kolagen, ekstrakt z mango i zielonej herbaty, ma także właściwości antyoksydacyjne i ujędrniające. Już wielokrotnie przekonałam się, że moja skóra bardzo dobrze reaguje na produkty, w których znajdują się ekstrakty właśnie z zielonej herbaty. Jak w przypadku pierwszej maseczki- pozostawia skórę gładką, nawilżoną i miękką. Dodatkowo- jest napięta i sprężysta. Bardzo ją polubiłam! Uwielbiam też produkty, w których znajdę kolagen. 



Ostatnia maska, którą testowałam, to maseczka wygładzająca, czyli coś, co również bardzo lubię. Dedykowana jest dla skóry łuszczącej się. Znajdziemy w niej ekstrakty z miodu i delikatny kwas BHA. Pięknie nawilża skórę przesuszoną latem lub innymi czynnikami. W zasadzie, lubię ją tak samo, jak dwie poprzednie. Wygładzenie skóry to dla mnie również ważna sprawa- tym bardziej wtedy, kiedy korzystam z zabiegów depilacji laserowej. Moja skóra po takich zabiegach potrzebuje naprawdę dużo dobrego. Po użyciu maski- rzeczywiście widzę wygładzenie, a także świetne nawilżenie i gładkość. 

A wy, znacie produkty marki When? Jeśli nie, to koniecznie musicie na nie zerknąć przy najbliższych zakupach. A jeśli macie ochotę spróbować sił w konkursie i wygrać zestaw takich maseczek- zapraszam Was na mojego Instagrama @killukitty, gdzie znajdziecie wszystkie szczegóły :)

Dajcie znać w komentarzach, która maseczka najbardziej do Was przemawia!
Buziaki!

sobota, lutego 3

Event MAC Cosmetics | Hotel Gordon

Event MAC Cosmetics | Hotel Gordon
Dzień dobry w sobotę! :)
Jak Wasze humorki? U mnie dziś wyjątkowo dobry nastrój, więc postanowiłam opowiedzieć Wam o evencie, na którym miałam ostatnio okazję się pojawić. Pokażę Wam również hotel, w którym zatrzymałam się podczas pobytu w Warszawie. Nie ukrywam, Warszawa zawsze była, jest i będzie moim wymarzonym "miejscem zamieszkania", dlatego jak zawsze było mi niezmiernie miło ją odwiedzić.


Event, o którym mowa, to spotkanie z marką MAC Cosmetics. Kiedy dowiedziałam się, że główną "atrakcją" spotkania będzie Vimi Joshi, czyli Senior Makeup Artist marki Mac- nie mogłam się doczekać! Ta kobieta to chodząca inspiracja! Na evencie mieliśmy okazję poznać Vimi osobiście, dowiedzieć się, jaka jest jej historia oraz obejrzeć pokaz makijażu na żywo. Byłam naprawdę zaskoczona, jak pozytywną osobą jest Vimi i ile ma w sobie energii. Nie wspominając oczywiście o talencie, bo ten jest po prostu przeogromny.



Poznaliśmy również trendy marki Mac na nadchodzący rok. Dużo błysku, czyli to, co tygryski kochają najbardziej :) Miałam też okazję przetestować nowe produkty marki oraz zobaczyć je w akcji. Nie raz wspominałam Wam, że uwielbiam ich kosmetyki, dlatego wielką przyjemnością było dla mnie spotkanie z całą ekipą Mac oraz samą Vimi.



Podczas całego eventu natknęłam się na sporo perełek, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Przyjrzałam się z bliska nowym kolekcjom i kolorom. Znalazlam oczywiście sporo produktów, bez których moje życie nie będzie kompletne :)
Vimi pokazała nam na modelce propozycję makijażu wieczorowego- mocne usta i czarna kreska- jak wiadomo, klasyka sprawdza się zawsze! Efekt końcowy był naprawdę piękny, widać, że Vimi kocha to, co robi! Uwielbiam kobiety mówiące o sztuce makijażu z taką pasją, jak ona. Coś niesamowitego.



Z racji tego, że nie jestem z Warszawy z całego eventu zrobił się dwudniowy wyjazd. Oczywiście absolutnie mi to nie przeszkadzało, uwielbiam podróże, zarówno duże jak i małe. Zatrzymałam się w Hotelu Gordon, który znajduje się przy Alei Krakowskiej. Byłam pozytywnie zaskoczona, ponieważ pokój był bardzo przytulny i "ciepły". Uwielbiam miejsca, które są w stanie dać nam choć trochę "domowego ciepła".




Z całego pobytu jestem naprawdę zadowolona. Pokój był śliczny, obsługa profesjonalna, a samo wnętrze bardzo przytulne. Wieczorem, po powrocie z eventu i szybkiej kąpieli zabrałam się za oglądanie mojego ukochanego Harrego Pottera, a później- zasnęłam jak kamień, dosłownie! Rano spakowałam się, zjadłam śniadanie w uroczej hotelowej restauracji i wróciłam do domu. Życzę sobie o wiele więcej takich weekendowych wypadów- nie macie pojęcia, jakiego dają mi kopa do działania! :)




A jakie są Wasze ulubione miejsca? Znacie Vimi Joshi? Lubicie markę MAC?
Buziaki! :)

poniedziałek, stycznia 15

Ulubieńcy roku 2017: KOLORÓWKA | Huda Beauty, Mac, Eveline, Makeup Geek, Golden Rose, Pierre Rene, Jeffree Star

Ulubieńcy roku 2017: KOLORÓWKA | Huda Beauty, Mac, Eveline, Makeup Geek, Golden Rose, Pierre Rene, Jeffree Star
Dzień dobry, dzień dobry!
Każda z nas ma swoje ulubione kosmetyki. Takie, po które sięgamy za każdym razem, kiedy chcemy być pewne swojego makijażu. Czasami wśród sklepowych półek znajdujemy perełki, które zostają z nami na długie miesiące, a nawet lata. W dzisiejszym poście chcę pokazać Wam kosmetyki kolorowe, które w ubiegłym roku totalnie skradły moje serce! Postanowiłam wybrać po jednym lub dwóch produktach z kategorii: baza, podkład, korektor, bronzer, rozświetlacz, puder, paleta cieni, brwi, rzęsy, eyeliner oraz pomadka. Postawiłam na kosmetyki, których jestem pewna na 100% w każdej sytuacji.



PODKŁAD
Ciężko znaleźć podkład idealny. Dobre krycie, trwałość, przyjemna konsystencja, żeby nie zapychał, miał dobry skład... W ubiegłym roku przetestowałam furę podkładów. Dziś wybrałam te, które sprawdzają mi się w każdej sytuacji.

EVELINE LIQUID CONTROL HD- podkład drogeryjny za około 30zł. Bardzo płynny, w szklanym opakowaniu z pipetką. Z początku nie pokładałam w nim wielkich nadziei, jednak po kilku użyciach przepadłam! Podkład ma piękne odcienie, nie ciemnieje, długo utrzymuje się na skórze, kryje wszystkie niedoskonałości, nie wchodzi w pory ani suche skórki, ma matowe, a jednocześnie bardzo naturalne wykończenie. Jestem w nim szczerze zakochana! Dostępny w każdej drogerii, a porównywalny do kosmetyków z najwyższej półki. Niedługo na pewno kupię kolejne opakowanie. Dziewczyny, naprawdę warto sprawdzić!

MAC STUDIO FIX- wyższa półka cenowa, produkt za około 120zł. Szeroka gama kolorystyczna, w szklanym opakowaniu- jedyny minus- niestety bez pompki ani żadnego aplikatora. Jest to jednak moja kolejna miłość. Odcień NW20 jest identyczny, jak kolor mojej skóry. Podkład pięknie kryje wszystkie niedoskonałości, ujednolica cerę, daje satynowe i bardzo naturalne wykończenie oraz fantastycznie wygląda na zdjęciach. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie mieć go w swojej toaletce. Jego trwałość to prawdziwy szok, na mojej twarzy trzyma się w kompletnie nienaruszonym stanie do momentu, kiedy go nie zmyję i niezależnie od tego, jak długo mam go na sobie.




BAZA I PUDER
Jeszcze rok temu priorytetem było dla mnie to, żeby moja skóra w makijażu była kompletnie matowa. W ubiegłym roku zdecydowanie się to zmieniło. Przez większość roku uwielbiałam efekt rozświetlonej cery. Zrezygnowałam również z mocno matujących pudrów. 

MAC STROBE CREAM- teoretycznie nie baza, a krem. Mocno rozświetlający, niemalże dający efekt płynnego rozświetlacza. Mój ulubiony odcień to silverlite- kolor chłodny, prawie srebrny. Na zdjęciu wyżej możecie zobaczyć, jak piękny efekt daje. Czasami zdarza się, że baza, która powinna ładnie rozświetlać naszą skórę- daje efekt "tłustej" cery. W przypadku Maca efekt jest spektakularny. Twarz promienieje i wygląda na wypoczętą. Pięknie współgra z większością podkładów, a dodatkowo nawilża skórę. Jest to zdecydowanie mój numer jeden, bezkonkurencyjnie. Kosztuje około 150zł, więc niemało, jednak moim zdaniem jest warta każdej wydanej na nią złotówki.

PUDER SYPKI MAC PREP + PRIME- od jakiegoś czasu w ogóle nie używam pudrów w kamieniu. Zdecydowanie lepiej sprawdzają się u mnie pudry sypkie, są również przyjemniejsze w aplikacji. Puder z Maca odkryłam co prawda stosunkowo niedawno, jednak już po około miesiącu stosowania wskoczył na podium. Daje jedwabiste i naturalne wykończenie- jednocześnie matując to, co trzeba. Jest bardzo drobno zmielony, wręcz całkowicie. Pod oczami wygląda fenomenalnie! Daje efekt bluru, wygładza wszystkie załamania i zmarszczki. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie miałam w rękach tak dobrego pudru. Kosztuje około 110zł za 8g. Nie jest to mało, jednak puder jest bardzo wydajny. Warto sprawdzić, szczególnie, jeśli lubicie efekt wygładzonej i zdrowej skóry.





KOREKTOR
Podzieliłam korektory na dwie kategorie- ten dobry na niedoskonałości i dobry pod oczy. W tym roku znalazłam dwóch niezastąpionych ulubieńców. Oba zostają ze mną na zawsze!

CATRICE LIQUID CAMOUFLAGE- znany i lubiany. Niedrogi i niezawodny. U mnie również. To ten "na niedoskonałości". Pięknie je zakrywa, jest bardzo trwały, ma odpowiedni kolor i fenomenalne krycie, a kosztuje niecałe 20zł. Jest ze mną już drugi rok i zdecydowanie nie zamieniłabym go na żaden inny. Jeśli jeszcze go nie znacie, to zdecydowanie najwyższa pora to zrobić!

NYX HD STUDIO PHOTOGENIC- wow, wow, wow. Dawno nie trafiłam na kosmetyk, który zrobiłby pod moimi oczami takie cuda. Zakrywa wszystkie cienie i przebarwieniaz, dodatkowo wygładza, rozświetla i pięknie odbija światło. Utrzymuje się bez zarzutu do momentu demakijażu, nie kłóci się z pudrami i po czasie nie wchodzi w załamania. Jest też bardzo wydajny i niedrogi- jego koszt to niecałe 40zł.





BRONZER
Bronzer to dla mnie jeden z ważniejszych elementów makijażu. Nie może być ani za ciepły, ani za zimny. Musi ładnie się blendować i nie być zbyt mocno napigmentowany. W tym roku znalazłam aż dwie takie perełki.

PIERRE RENE POWDER CONTOURING- z całej paletki używam tylko pudru o nazwie "contouring". Jestem zakochana po uszy. Ma idealny kolor, fantastyczną konsystencję, pięknie się blenduje i badzo dobrze utrzymuje. Nie ma przy nim żadnego problemu z plamami, rozcieraniem czy zbyt ciepłym efektem. Cała paletka kosztuje około 40zł, ale naprawdę warto ją kupić nawet ze względu na ten jeden puder. Jet bezkonkurencyjny, jeśli chodzi o tę półkę cenową. Z pewnością kupię kolejne opakowania- dawno moja twarz nie była tak ładnie wykonturowana!

MAKEUP GEEK W ODCIENIU "TAWNY"- nieco ciemniejszy i cieplejszy od Pierre Rene. Mocniej napigmentowany. Mimo wszystko wciąż cudowny- bez problemu można nabrać niewielką ilość, rozciera się cudownie i daje piękny efekt. Używam go głównie na wieczorne wyjścia. Nie ma w sobie żadnych drobinek, jest całkowicie matowy. Kosztuje około 100zł, ale jest wart swojej ceny. Jedyne, co mnie dziwi- w opakowaniu wygląda na bardzo ciepły i bardzo ciemny, ale na szczęście w rzeczywistości tak nie jest.





ROZŚWIETLACZ
Moja zdecydowanie ulubiona część makijażu. Jestem totalną sroką, dlaczego błysk jest dla mnie czymś wyjątkowo ważnym, o ile nie najważniejszym. Uwierzcie, że bardzo ciężko było mi wybrać tylko dwóch ulubieńców, ale w końcu znalazłam tych, którzy są dla mnie niezawodni.

JEFFREE STAR W ODCIENIU "ICE COLD"- uwielbiam go! Dotknęłam już w nim dna, co również o czymś świadczy. Daje nieziemską taflę, błyszczy się na kilometr i jest trwały. Odcień, którego używam jest dość zimny, jednak bardzo lubię taki efekt. Przyznaję szczerze, że zdarzyło mi się dostać na ulicy pytanie, jaki mam na sobie rozświetlacz, kiedy był to Jeffree. Jego cena to około 150zł. Jest ogromny, więc moim zdaniem cena jest bardzo dobra. Jest to jeden z tych rozświetlaczy, które wymieniłabym w ulubieńcach "całego mojego życia".

PALETA SAM MARCEL BEAUTY "THAT GLOW GLOW"- zdecydowanie moja paleta roku! W eleganckim opakowaniu znajdziemy sześć rozświetlaczy w różnych kolorach. Są odcienie zarówno ciepłe jak i zimne. Odcienie złota, szampana, brązu i różu, po prostu coś pięknego. Na skórze wyglądają niesamowicie! Nie mają w sobie drobinek, są idealną gładką taflą. Wystarczy naprawdę malutka ilość, żeby świecić jak gwiazda :) Nakładane na mokro robią nieziemską robotę. Paleta kosztuje około 170zł za sześć rozświetlaczy, więc stosunkowo niewiele, a efekt wow mamy gwarantowany. Jeżeli tak jak ja lubicie błyskotki, to koniecznie zwróćcie na nią uwagę.



BRWI
Nie wyobrażam sobie makijażu bez podkreślonych brwi. Moje są bardzo ciemne i nie wyglądają zbyt ciekawie "bez niczego". Zastanawiałam się między dwoma pomadami- Anastasia Beverly Hills miała pojawić się tutaj bezapelacyjnie, jednak przypomniałam sobie o...

WIBO BROW POMADE- totalnie zawładnęła moim sercem. Rossmann, koszt około 30zł. Jednak jak dla mnie nie ma porównania ze sławnymi Inglotami, czy ABH. Owszem, Anastasię kocham miłością szczerą i prawdziwą, ale cenowo? Wibo jest identyczna jak ABH, a kosztuje trzy razy mniej. Mój kolor to dark brown- idealnie w odcieniu moich włosków. Pomada ma świetną konsystencję- mam ją mniej więcej od kwietnia, a ani razu nie musiałam naprawiać jej duralinem, czy innymi specyfikami. Na brwiach zastyga dając nieprzesadzony efekt, długo się utrzymuje i można stopniować jej efekt. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że na polskim rynku jest bezkonkurencyjna.

ŻEL DO BRWI ZOEVA GRAPHIC BROW GEL- wygrał wszystko. Żeli do brwi w tym roku miałam sporo. Różne szczoteczki, różne odcienie i efekty. Jednak ten z Zoevy jest dla mnie numerem jeden. Odcień Bistre jest wprost stworzony do moich brwi. Nie skleja ich, ładnie rozdziela włoski, utrzymuje je w nienaruszonym stanie przez cały dzień. Nadaje lekki kolor, co bardzo mi się podoba. Kosztuje około 50zł i jest bardzo wydajny- mój ma około pół roku i nie zapowiada się na to, żeby w najbliższym czasie się skończył.



RZĘSY I EYELINER
Dwie bardzo ważne sprawy. Każda z nas lubi mieć podkreślone rzęsy, a tak samo dużo lubi kreskę, czy to z ogonkiem, czy bez. W tym roku poznałam dwa produkty, których w najbliższym czasie nie mam zamiaru zamienić na nic innego.

TUSZ DO RZĘS DOLL10 BEAUTY EFFORT LASH- jeśli śledzicie moje instastory to wiecie, że do czynienia z tym tuszem mam od niedawna. Mimo to odkąd się maluję nie trafiłam na nic tak dobrego. Mascara Doll10 robi z moimi rzęsami prawdziwe cuda. Wydłuża do granic możliwości, pogrubia i fantastycznie rozdziela. Rzęsy po jej użyciu wyglądają jak sztuczne- w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Moje sięgają praktycznie pod same brwi, mimo że moje naturalne rzęsy nie należą do najdłuższych na świecie. Tusz nie kruszy się, nie rozmazuje i po kilku godzinach nie robi pandy pod oczami. Trzyma się bez zarzutu aż do demakijażu. Jego cena to około 80zł, czyli znacznie więcej niż w drogerii, jednak mimo to warto. Długa i gruba silikonowa szczoteczka z setkami włosków, które pięknie wyczesują i rozdzielają to zdecydowanie coś, czego szukałam!

EYELINER STILA STAY ALL DAY- wychwalany na zagranicznym YouTube. Yen kosmetyk również nie był ze mną przez cały ubiegły rok. Aczkolwiek w swojej "karierze" makijażowej nie spotkałam się jeszcze z tak fenomenalnym eyelinerem. Aplikator jest cieniutki jak nitka i niesamowicie precyzyjny. Sam produkt jest w 100% czarny, zasycha na mat. Nie trzeba poprawiać kreski- pierwsze pociągnięcie jest ostatnim, kreska od razu jest intensywna i równa. Jeszcze nigdy nie malowało mi się kresek tak łatwo, naprawdę. Aplikator jest mięciutki, w żaden sposób nie drażni powieki. Kreska utrzymuje się perfekcyjnie przez cały dzień. Eyeliner nie kruszy się i nie blaknie w ciągu dnia. Kosztuje ponad 100zł, ale to prawdziwe cudeńko!







PALETA CIENI
Oj, ciężko było mi wybrać tylko dwie :) Nie ukrywam, że palety cieni do powiek to moja mała słabość. Wybrałam jednak takie, które zabiorę ze sobą na wyjazdy, czyli takie, którymi mogę wykonać zarówno dzienne jak i wieczorowe makijaże.

SAM MARCEL BEAUTY LES DEBUT NEUTRAL- cudo! Jak widzicie na zdjęciu- jeden błyszczący cień już prawie zużyłam i chyba umrę bez niego. Paleta ma przepiękne ciepłe kolory, zarówno matowe, satynowe, jak i metaliczne. Blendują się praktycznie same. Kilka ruchów pędzlem i mam na powiece piękną chmurkę koloru. Można z łatwością budować intensywność nie robiąc przy tym żadnych plam. Dodatkowo paleta a przepiękne i eleganckie złote opakowanie- można nacieszyć oko. Formuła cieni Sam Marcel totalnie podbiła moje serce. Cienie są miękkie, lekko kremowe i bardzo mocno napigmentowane. Paleta kosztuje około 160zł, czyli całkiem przyzwoicie. Chętnie zobaczyłabym jeszcze inne odcienie tej marki, jednak póki co jest to ich jedyna paletka. Polecam ją Wam bardzo, bardzo!

HUDA BEAUTY OBSESSIONS "WARM BROWN"- nie mogło zabraknąć tutaj Hudy. Co prawda jeszcze nie doczekałam się dużej palety, ale przyznaję, że odkąd używam tego maleństwa trochę o niej zapomniałam. Te cienie to prawdziwe mistrzostwo świata! Nie dziwię się, że cały świat wariuj na punkcie tej marki- ja tak samo! Cienie mają konsystencję, której nie jestem w stanie porównać do żadnych innych palet. Są niesamowite. Pięknie napigmentowane, blendują się banalnie łatwo, są wybitnie trwałe i mają cudowne kolory. Jestem absolutnie zakochana i już wiem, że chcę znacznie więcej Hudy w mojej kolekcji! Dodatkowo paleta jest malutka- zmieści się nawet do "torebkowej" kosmetyczki. Jej cena wynosi 140zł za 9 cieni. Ale warto i to bardzo!





POMADKA
Kolejna kategoria, w której czuję się jak ryba w wodzie. Uwielbiam mieć pomalowane usta! Nie byłabym w stanie wybrać tylko dwóch konkretnych pomadek, więc wybrałam dwie ulubione marki, jak dla mnie zdecydowane numery jeden.

GOLDEN ROSE LONGSTAY LIQUID LIPSTICK- no kocham. Mam już sporo kolorów w swojej kolekcji, ale chciałabym mieć wszystkie. Dosłownie. Te pomadki to ogromny numer jeden na polskim rynku. Są trwałe, nie wysuszają ust, łatwo się je nakłada, mają cudowne odcienie, nie podkreślają suchych skórek, nie czuć ich na ustach- mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Nawet aplikatory są unikatowe! Jestem im wierna znacznie dłużej niż od roku i już kolejny raz są moimi ulubionymi. W dodatky kosztują 20zł. Szok! Czasami za 100zł ciężko trafić na taką jakość. W tym roku planuję zgromadzić każdy odcień, jaki istnieje!

MAKEUP GEEK SHOWSTOPPER CREME STAIN- jeszcze lżejsze od Golden Rose. Pomadki nałożone na usta są absolutnie niewyczuwalne. Działają trochę na zasadzie tintu, barwią usta, ale w bardzo subtelny i ładny sposób. Kosztują około 50/60zł, więc dużo więcej niż GR, jednak odkąd je mam- nie wyobrażam sobie nie mieć ich w swojej kosmetyczce. Polecam Wam zwrócić na nie uwagę, bo prawdopodobnie będziecie mile zaskoczone :)


Ufff, to już cała kolorówka roku. A jacy są Wasi ulubieńcy?


Copyright © 2016 killukitty , Blogger